Wszystko inne stało się nieważne, a jednocześnie nabrało innego sensu. Racjonalny umysł mógłby zaprzeczać temu, co się wydarzyło, na szczęście, poza wszelką wątpliwością, zmiana się dokonała. W tej jednej chwili. Jak to się stało? 

 

Spotkałam w swoim życiu wielu nauczycieli, bywałam na seminariach i warsztatach, podczas których poznawałam siebie, uczyłam się jak pracować z emocjami, harmonizować energie, otwierać serce, równoważyć ciało z umysłem i duchem. Jednocześnie bardzo dużo czytałam. Jak wielu z nas, poszukujących głębszego sensu istnienia, ciągle coś nie dawało mi spokoju. Chociaż, z drugiej strony, myślałam, że wiem już wszystko. jednak to była teoria, jak pogodzić wiedzę z praktycznym zastosowaniem, bo życie jakoś ciągle nie wyglądało tak, jak bym chciała i stare problemy "wychodziły" w różnych momentach i formach. Ktoś powie, że to normalne - raz na wozie, raz pod wozem, ale przecież wiem, że sami tworzymy swoją rzeczywistość, że jesteśmy odpowiedzialni za to, co nas spotyka; że niebo jest tutaj...

Teoretycznie wszystko było oczywiste i proste, ale bezlitosna codzienność obnażała wszystkie braki - od związków, po pracę zawodową. Pewnego dnia zostałam zaproszona na wykład Aleksandra Deyeva. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, jednak zdecydowałam, że pójdę. I tu spotkało mnie pierwsze zdziwienie: przystojny i dowcipny, ale poza tym zupełnie zwyczajny, aż zbyt zwyczajny. Wyglądał na wykładowcę technik komunikacji, marketingu, angielskiego, czy czegoś równie przyziemnego. Zwątpiłam w jego wiedzę i umiejętności jako nauczyciela duchowego. Mógłby być chociaż trochę dziwaczny, ekscentryczny, poważny! Okazało się, że bardzo się pomyliłam i na początek musiałam więc zrewidować swoje poglądy na temat duchowego nauczyciela, które okazały się po prostu zardzewiałymi stereotypami. (A przecież moja siedmioletnia córka powtarza często: "Nie oceniaj książki po okładce.")

Wykład był o duszy, o której Aleksander mówił jak o żywej, prawdziwej istocie, która myśli, czuje i może się przemieszczać bez wiedzy swojego "właściciela". Może odejść nawet gdzieś daleko i są to miejsca określone, które można "namierzyć". Takie sytuacje zdarzają się podobno bardzo często, są powodem wielu kłopotów i objawiają się w naszym zachowaniu i podejściu do życia, a nawet zdrowiu. Oczywiście możemy sobie pomóc, są na to sposoby. Na przykład, na poziomie energetycznym możemy równoważyć swoje energie. Wszystko niby znane, ale jakieś świeże i ciekawe. Trafiło do mnie to, że traktuje temat duszy jak coś normalnego, wręcz niezbędnego do życia. Mówił bez nadęcia i komplikowania, nie traktując swojej wiedzy jako tajemnicy dostępnej tylko wybranym. Po raz pierwszy słyszałam, żeby o duszy mówić w sposób bardziej naukowy niż duchowy, a jednocześnie prosty i konkretny. Na przykładach dowiadywałam się, że temat dotyczy nas wszystkich tak samo. Kilkakrotnie miałam wrażenie, że jakiś problem dotyczy mnie osobiście i czułam, że to jest informacja dla mnie, jednak kiedy spoglądałam na salę, okazywało się, że inni też słuchali z wypiekami na twarzach, albo zadawali pytania, bo temat dotyczył oczywiście również ich. Okazało się, że wiele naszych problemów jest spowodowanych duszą rozbitą na kawałki, albo poranioną. Do tej pory myślałam, że to ładne przenośnie - mówi się przecież "zraniona dusza", albo "moja dusza płacze", czy nawet "zniewolona dusza". Traktowałam je więc jako należące do literatury pięknej i nic poza tym. Tymczasem, zdaniem Aleksandra, to są rzeczywiste problemy i ból jest jak najbardziej prawdziwy. Co więcej, można je diagnozować i "leczyć". I tutaj dopiero dochodzimy do sedna: jeśli nie uleczymy duszy i nie uzyskamy z nią kontaktu, to pozostaniemy nadal w błędnym kręgu pytań bez odpowiedzi, tych samych problemów i chorób. To było jak olśnienie! Jednak, o ile większości z nas łatwo zaakceptować fakt, że leczenie ciała na nic się zda, jeśli nie uleczy się myśli, o tyle leczenie duszy było dla mnie epokowym przełomem. Nawet jeśli brzmi to dzisiaj jak science fiction, to moim zdaniem, pochodzi z tego wymiaru określeń co "nowa Ziemia", "piąty wymiar", czy "nowa era". Uzdrawianie z wyższego poziomu naszego istnienia może się stać uzdrawianiem przyszłości, powszechnym i dostępnym każdemu. Wiedza, którą dzisiaj dzieli się Aleksander, może się okazać pierwszą jaskółką zapowiadającą wiosnę. Decyzja o tym, czy być pionierem, zaufać i zdecydować się na zmianę, jest oczywiście osobista i tylko samodzielnie możemy ją podjąć.

Muszę przyznać, że w tym momencie nie dostrzegłam jeszcze powagi sytuacji. Zdecydowałam się na indywidualną sesję z terapeutą. Aleksander jest twórcą własnej metody. Chociaż słowa: terapia, terapeuta i uzdrawianie, nie są tu najwłaściwsze, to trudno znaleźć dzisiaj trafniejsze. Byłam ciekawa, czy ta wiedza ma zastosowanie w stosunku do mnie. Nie byłam do końca przekonana ale ciekawość i właśnie potrzeba zmiany, zwyciężyły. Najtrudniejsze było dla mnie "wyduszenie" z siebie problemu, bo do ostatniej chwili udawałam, że jestem zadowolona, uśmiechałam się i żartowałam. Cała moja osobowość pokazywała, że wszystko ze mną jest w porządku. Ego było ładnie ubrane i uczesane. Słowo "grałam" byłoby tutaj najbardziej trafne, ale czułam się usprawiedliwiona, przecież wszyscy gramy - role żon, mężów, szefów, ofiar, itd. W końcu powiedziałam, że właściwie nie mam konkretnego problemu, a bardziej zainteresował mnie sam temat duszy. (Kiedy nie czujemy radości życia, nawet problem trudno znaleźć, po prostu coś nie gra). I wtedy zdarzyło się coś, co zwaliłoby mnie z nóg, gdybym stała - zamarło mi serce, a przed oczami zobaczyłam ciemność. Usłyszałam straszne słowa: "Ty nie masz duszy. Ona odeszła od ciebie trzydzieści lat temu." W jednej sekundzie spłynęły na mnie złość, bezsilność, gniew, zdumienie. Jak to? Chyba zaszła jakaś pomyłka? Co ten człowiek wygaduje? Zwariował! Jakim prawem mówi mi takie rzeczy?! Ja?! Taka świadoma, taka oczytana, taka inteligentna! Skąd może to wiedzieć? Jednak wiedział.

Później nastąpiło coś, co dla mnie było cudem - ponownymi narodzinami. Zamknęłam oczy i pod dyktando terapeuty zaprosiłam swoją duszę do siebie, rozmawiając z nią, robiąc dla niej miejsce w swoim sercu, czując ją przy tym fizycznie w swoim ciele. Płakałam. Bolało mnie serce. To była prawdziwa i trudna praca. Wcześniej zdarzało mi się, podczas wizualizacji czy medytacji, pracować ze swoim wewnętrznym dzieckiem; takie chwile zawsze są poruszające, jednak to, co przeżyłam było tak głębokie i wstrząsające do głębi. Tak. Słowo "wstrząs", to chyba najwłaściwsze określenie. Wszystko trwało jakieś 15-20 minut. Nie mieściło mi się w głowie to, co się stało, ale czułam to wyraźnie wyraźnie, przeszłam przez to. Jakby opuścił mnie nagle strach całego życia, chociaż poczułam ogrom cierpień, przez które przeszła moja dusza. Nigdy wcześniej tak o niej nie myślałam, zawsze była jakaś abstrakcyjna i daleka. Dotąd żyłam tak, jakbym udawała życie. Jako bystra obserwatorka, nauczyłam się ogrywać wszystkie role: matki, żony, koleżanki, dziennikarki, zaradnej i pewnej siebie kobiety. Nie byłam naprawdę szczęśliwa. W tym momencie poczułam co to znaczy szczęście. Doznałam tak głębokiego szczęścia, że nie da się o tym opowiedzieć, ...chociaż dotychczasowy uśmiech zniknął z mojej twarzy. Nie musiałam już niczego udawać, nawet nie chciałam. Stałam się całością. I teraz nie było to już określenie znane tylko z literatury. Doświadczyłam tego i nadal doświadczam. To jest stan bycia tak namacalny i pewny jak oddychanie. Jechałam samochodem i płakałam. To były łzy szczęścia. Tak, jakbym odnalazła po trzydziestu latach swoje Ukochane Dziecko, wycieńczone z głodu i strachu. Wiedziałam, że muszę znaleźć siły, żeby to Dziecko ochronić i dać mu tyle miłości, żeby znowu nabrało do mnie zaufania. Po sesji dostałam kilka rad, jak opiekować się swoim Dzieckiem, które kiedyś już słyszałam, ale teraz nabrały nowego znaczenia, bo to Dziecko jest we mnie naprawdę, nie muszę go sobie wyobrażać ani wizualizować. Stało się dla mnie jasne, że wszystkie decyzje będę podejmowała w zgodnie z własną Duszą. Odzyskałam Przewodnika, który się nie myli, jednak mówi na tyle cicho, że aby go usłyszeć, trzeba być skupionym. Dzięki niemu stałam się uważna, bo zależy mi na tym wewnętrznym głosie bardziej niż na czymkolwiek innym. Pojęłam, że Dziecko we mnie zasługuje na całą miłość świata, że nikt inny, tylko ja, może je nią obdarzyć. Nie pozwalam już sobie na myśli w stylu: "nie jesteś dość dobra", "jesteś nieważna", "musisz zasłużyć na miłość". Każdego dnia zdobywam coraz więcej wiedzy na temat siebie samej. Wszystko inne stało się mniej ważne, a jednocześnie nabrało większego sensu. Racjonalny umysł mógłby zaprzeczać temu, co się wydarzyło, na szczęście, poza wszelką wątpliwością - zmiana się dokonała. W tej jednej chwili. Jestem wdzięczna życiu, że dało mi drugą szansę.

Joanna Malinowska